Trudne emocje. Złość.

Wyróżnione

Co jest z tą złością, że tak usilnie próbujemy ją zepchnąć z naszego życia gdzieś poza margines istnienia? Myślę, że złość dużo nam mówi o tym co dzieje się zarówno w nas jak i w naszych dzieciach. Z obserwacji wynika mi, że złość jest często „zasłoną dymną” lub jakby emocją wtórną. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli uda nam się odkryć, co jest prawdziwą przyczyną złości – np. ból, strach, smutek, rozpacz czy lęk, bardzo szybko ją wentylujemy. To świetnie się też sprawdza u dzieci.

Czyli kiedy czuję wszechogarniająca wściekłość zatrzymuję się i sprawdzam – co tak naprawdę sprawia, że jestem zła? Jaka moja potrzeba jest niezaspokojona?

Szczera rozmowa z samym sobą może być na początku trudna. Czytania swoich emocji, postępowania z nimi uczymy się w dzieciństwie choćby i przez modelowanie (tzn. dzieci obserwują rodziców, koleżanki w przedszkolu i uczą się reagować podobnie w analogicznych sytuacjach). Wyuczone w dzieciństwie sposoby zostają z nami w dorosłym życiu. Jeśli te sposoby nie są konstruktywne, odbija się to na naszym zdrowiu i życiu dosłownie, a także na relacjach z innymi. Oczywiście, można nad tym pracować i je zmieniać, tyle że wymaga to wtedy dużej pracy nad sobą, bo wyuczone sposoby nasuwają się automatycznie.

Wierzę więc, że warto podjąć wysiłek i nauczyć swoje dzieci rozpoznawania i mówienia o swoich emocjach (co za tym idzie, potrzebach).

Znacie z autopsji te sytuacje, kiedy nagle nie wiadomo z jakiego powodu Wasze dziecko rzuca się na podłogę z płaczem? Albo znamy powód, ale no kurde, co tu dużo mówić reakcja jest nieprzystająca? Przyznam, że jako rodzic początkowo bałam się tych nagłych i gwałtownych wybuchów gniewu moich dzieci. Czułam się zagubiona i zupełnie nie wiedziałam jak im mogę pomóc. Poczucie bezsilności sprawiało, że sama odczuwałam złość. Pomyślałam nawet kilka razy, że dziecko wchodzi mi na głowę. Tymczasem, jest raczej tak, że dziecko jeszcze nie ma wykształconych mechanizmów kontroli emocji. Zresztą niech pierwszy rzuci kamień ten dorosły, który nigdy nie stracił panowania nad sobą.

To co zauważam:

– dzieci mają naturalną zdolność i łatwość ujawniania swoich emocji;

– swoją rolę, jako rodzica widzę tak, że mogę pomóc im najpierw nazwać emocje, które nimi targają. Zauważyłam, że malutkie dzieci takie np. 2-letnie, kiedy wpadają w ogromny gniew i złość i nie potrafią sobie z tym poradzić także z tego powodu, że nie wiedzą co się z nimi dzieje i skąd te emocje. W takich sytuacjach, próbowałam i próbuję metodą prób odgadnąć – jaką emocję przeżywa moje dziecko i co ją spowodowało;

– bardzo często jeśli trafię w powód złości mojego dziecka, samo nazwanie, wypowiedzenie na głos, a więc i danie dziecku informacji, że jest zrozumiane i akceptowane sprawia, że dziecko zaczyna nas słuchać.

Przykład. Moja córka z wściekłością rozwala zamek starszej siostry. Następnie z płaczem wybiega z pokoju. Wszystko to dzieje się 10 minut po tym, jak przekazałam im wiadomość, że razem z mężem wychodzimy dziś na randkę. Idę za nią do pokoju, szczególnie , że zostawiła otwarte drzwi. Jest, siedzi na łóżku i płacze. Nazwanie emocji to np. Córeczko, widzę, że jesteś bardzo zła i w tej wściekłości rozwaliłaś zamek, który budowała Twoja siostra. Domyślam się, że nie chciałaś jej zrobić przykrości. Pewnie jest Ci smutno, ponieważ razem z tatą wychodzimy dzisiaj wieczorem na randkę, a Ty wolałabyś żebyśmy zostali w domu. Dzisiaj jest piątek i zwykle wieczorem bawisz się w tym dniu z tatą. Czy tak jest? Jeśli dobrze odczytałam emocje i potrzeby córki, ona poczuje się zrozumiana. Wtedy dużo łatwiej nawiązać mi z nią dialog, porozmawiać o całej sytuacji i wyjaśniać też moje potrzeby. Jeśli nie trafiłam w potrzeby i emocje, nic nie ryzykuje, dziecko powie NIE, a ja mogę spróbować odgadnąć źródło gniewu jeszcze raz. Widać zresztą już nawet na tym przykładzie, że gdy nauczymy dziecko wyrażać swoje potrzeby i prawdziwe emocje złość sama w sobie przestanie być trudnością. Po odkryciu potrzeby, nazwaniu emocji, która chowa się za złością, zapewnieniu dziecka, że się je kocha problem trochę jakby zanika.

Nie zawsze jednak wygląda to idealnie. Na szukanie i odgadywanie emocji dziecka trzeba mieć czas. A ja też bywam zmęczona, mam dużą chęć poczytania książki czy po prostu wypicia w spokoju kawy. I kiedy wtedy mam kolejny już wybuch złości i gniewu na horyzoncie to…. czuję, że i we mnie odzywają się niezaspokojone potrzeby. Największe kryzysy mam kiedy towarzyszy mi niewyspanie, wtedy moja tolerancja spada gwałtownie. Niestety, to jedna z tych zmiennych, nad którymi nie mam kontroli.

Idąc więc dalej pojawia się kwestia wyrażania złości, gniewu. Ja dzieciom pozwalam wentylować. Wolę dziecko szczere niż „ugrzecznione”, byle wszystko działo się w ramach stwierdzenia „nie krzywdzę siebie i innych”. Tak jak opisałam, nie zawsze mam czas czy też chęć zagłębiać się w emocje dzieci. Zresztą nie zawsze z nimi jestem – na przykład w przedszkolu działają same. Zauważam, że dzieci świetnie radzą sobie z ujawnianiu światu swojej złości, a jako rodzic chciałabym to tylko ukierunkować. Zaznaczę: uważam, że najlepszym sposobem jest rozmowa i zdefiniowanie emocji prawdziwej, która kryje się za złością, ale ponieważ nie żyję w świecie idealnym…

Sposoby wyrażania gniewu, na które pozwalam dzieciom:

– krzyk (nie na inna osobę, tylko po prostu nieartykułowany krzyk, który pozwala uwolnić gniew i złość);

– kopanie lub bicie rękami w poduszkę, tupanie nogami mocno o podłogę;

– uspokojenie się ze smoczkiem jeśli dziecko tego potrzebuje (nie jest to chyba najlepszy sposób, ale działa);

– płacz;

– zostanie samemu w pokoju, jeśli dziecko ma taką potrzebę;

Więcej nie pamiętam 😉

Sposoby wyrażania gniewu, na które nie pozawalam:

– krzywdzenie fizyczne siebie i innych;

– obrażanie słowne innych;

– niszczenie cennych przedmiotów, chociaż np. poduszką pozwalam rzucać.

Na koniec jeszcze jedna sytuacja z życia wzięta. Kilka tygodni temu, byłam z córkami w parku. Obie pierwszy raz uczyły się jeździć na rowerze. Starsza na dwukołowym, młodsza na biegowym. Towarzyszyły nam intensywne emocje – ogromna radość, duma. Dziewczyny były podekscytowane i bardzo dzielne, mimo kilku wypadków wsiadały na rowery i uparcie ćwiczyły na trawie. Kiedy wracałyśmy do domu zauważyłam ich wielkie zmęczenie i eskalującą się z każdym moim słowem złość. Pomyślałam: kurde jeszcze chwila i rzucą mi te rowery na ziemię, a wtedy chyba będę tu siedziała z nimi do wieczora. Kryzys był blisko, bo młodsza już zaczęła wygrażać się, że rower jest głupi i nie chce go brać do domu. Sama też byłam zmęczona, ten spacer to był dla mnie prawdziwy trening! Zaryzykowałam: dziewczyny widzę, że jesteście bardzo zmęczone i coraz bardziej złe, kiedy się wywracacie na Waszych rowerach. Może pokrzyczymy sobie aaa i zobaczymy czy złość pójdzie? Obie chętnie się zgodziły. Po każdym krzyku sprawdzałam czy złość już sobie poszła i krzyczałyśmy w parku aż do momentu, kiedy złość z nas wyparowała. I słuchajcie – pomogło! W drodze do domu dodatkowo zajęłam je historią o tym, jak sama uczyłam się sztuki jazdy na rowerze. Dziewczyny weszły do domu z uśmiechami na buziach. Uff 😉

                                                                                                  

 

 

Reklamy

O karmieniu mlekiem

Wyróżnione

Ostatnio miałam okazję przeczytać na różnych blogach kilka wpisów o wyższości karmienia mlekiem modyfikowanym nad karmieniem piersią i vice versa. Autorki tekstów propagujące MM szemrowały pogardliwymi sformułowaniami tego niezrozumiałego przeżytku jakim jest karmienie piersią. 

Poniżej lista najpopularniejszych argumentów, obrazujących totalny bezsens karmienia piersią:

  • uwiązanie dziecka przy mamie;
  • obwisłe piersi;
  • niemożność picia alkoholu;
  • nieregularne godziny karmienia, dziecko zasypiające podczas jedzenia;
  • mama nie może imprezować i wyjść z domu nawet na zakupy;
  • żona zaniedbuje męża. 

Niezależnie od jakości powyższych sformułowań, bardzo nie lubię wchodzić w tego rodzaju dyskusje, jako że nie rozumiem ich sedna. Czytając te wpisy miałam wrażenie, że autorki próbują udowodnić, że pomimo, iż karmią MM są tak samo dobrymi mamami. Oczywiście. Mamy karmiące piersią i mamy karmiące butelką kochają swoje dziecko równie mocno. Zupełnie nie rozumiem, skąd pomysł, że ta zmienna mogłaby być wynikową matczynej miłości. Swoje pierwsze dziecko karmiłam stosunkowo krótko, około 3 miesięcy. Córka miała taką kolkę, że na tamten moment, lepszym wyborem było dla mnie karmienie butelką. I czy to znaczy, że ją kochałam mniej? 

Czytałam też kilka wpisów mam karmiących piersią, zastanawiam się, czy konieczne jest demonizowanie mleka modyfikowanego? A jeśli mama chciałaby karmić piersią, a po prostu nie może? Nie bardzo widzę jak taki wpis miałby świeżo upieczonej mamie pomóc…

ALE – o karmieniu. Sama lubię podejmować świadome decyzje znając obie strony medalu. Tak więc proszę, będzie o karmieniu piersią. Posłużę się wyjątkowo literaturą. W tekście korzystam z książki Searsów, pionierów rodzicielstwa bliskości. Kilka faktów:

  • czy wiesz, że skład mleka każdej kobiety jest inny? To z tego powodu, że mleko mamy jest idealną odpowiedzią na potrzeby jej dziecka;
  • kobiece mleko zawiera składniki, które wpływają na wzrost mózgu. Prowadzono wiele badań na temat tego, czy istnieje zależność pomiędzy IQ a karmieniem piersią. Searsowie w swojej książce przytaczają badania, z których wynika, że dzieci karmione piersią przez pierwsze cztery do pięciu tygodni życia osiągały średnio 8,3 punktu więcej w teście IQ od ich rówieśników. Im więcej mleka mamy otrzymywało niemowlę, tym lepszy wynik otrzymywało w teście. Szczerze mówiąc, kiedy patrzę na mnie i moje rodzeństwo, pozostaje mi się tylko zgodzić. Mam trzech braci i cóż.. powiem tyle, że mój brat, który akurat był karmiony piersią najdłużej z nas, bo przez okres aż dwóch lat, osiągnął z naszej czwórki w teście IQ najlepszy, wysoki wynik. Może to zbieg okoliczności?
  • czy wiesz, że skład mleka mamy zmienia się w zależności od potrzeb Twojego dziecka? I to zarówno biorąc pod uwagę pojedyncze karmienie jak i tygodnie czy miesiące. Na przykład mleko w pierwszym miesiącu życia dziecka ma inną zawartość tłuszczu w porównaniu do mleka, którym karmione jest dziecko pięciomiesięczne. W każdym wypadku mleko jest idealną odpowiedzią na jego potrzeby;
  • mleko mamy jest bardzo słodkie, to za sprawą laktozy. Uczeni twierdzą, że galaktoza, wchodząca w skład laktozy jest ważnym składnikiem odżywczym substancji mózgowej;
  • Czy wiesz, że siara – pierwsze mleko to tak naprawdę zastrzyk uodparniający Twoje dziecko, właśnie wtedy kiedy jest najbardziej bezbronne; 
  • karmiąc swoje dziecko, przekazujesz mu przeciwciała, jakie Twój organizm wytworzył w odpowiedzi na bakterie i wirusy jakie w danym momencie są obecne w Twoim otoczeniu. 

Specjalnie tym razem chciałam uwzględnić twarde fakty, bo uważam, że są ważne. Dodatkowo jeszcze napiszę, że karmienie piersią jest po prostu tańsze i wygodniejsze. Wiem co mówię, bo znowu moją najstarszą córkę karmiłam krótko i jeszcze miałam okazję się przekonać o tym, jak to jest cudownie robić mleko w butelce w środku nocy kiedy dziecko wrzeszczy z głodu.  

I przewrotnie powtórzę za pediatrą, którego cenię: dziecka się nie ma dla wygody.Nie chodzi o to, żeby przy dziecku się biczować i kamienować. Tylko po prostu świadome macierzyństwo wiąże się z szeregiem zmian w naszym życiu. Sama zmiana też jest zmienną i wymuszana jest przez kolejne etapy rozwojowe naszego dziecka. W pierwszych tygodniach życia na przykład wiele noworodków wisi na swojej mamie. Zresztą zupełnie jest to niezależne od tego czy się karmi piersią czy nie. 

Pamiętam, że po narodzinach mojej najstarszej córki chciałam, aby koniecznie moje życie pozostało bez zmian i szczyciłam się tym, że wszystko jest tak, jak było. Z perspektywy czasu widzę, że w efekcie byłam sfrustrowana i zmęczona. Teraz, będąc mamą trójki poddaje się macierzyństwu jakie się jawi w danej chwili. I pomimo tego ogromnego natłoku codziennych obowiązków, pracy zawodowej, budowy domu, którą prowadzę, mam w sobie spokój i poczucie spełnienia. 

Nie jestem fanką podejścia, które nakłania do karmienia piersią za wszelką cenę. Przeciwnie, uważam, że dziecko na pewno będzie miało się lepiej, jeśli jego mama ma się dobrze. Jeśli karmienie piersią jest stresem, jest trudne i bolesne, a mama zamiast relaksować się i odpoczywać co 15 minut bez efektu przykłada dziecko do piersi, bo tak kazała położna…cóż sama w tej sytuacji szybko wybrałabym butelkę. Zresztą jeszcze raz to powtórzę: jak cudownie, że jeśli nie mamy pokarmu, czy też nie możemy karmić dziecka z różnych powodów – mamy alternatywę w postaci mieszanek, które z roku na rok mają coraz lepsze składy. Z drugiej strony, przykro mi jest tak po ludzku, jako mamie, kiedy spotykam się z ostracyzmem wobec samego faktu karmienia piersią. Szczególnie, kiedy za tym idą argumenty, które ja nazwałabym jako hm… stereotypowe. 

Na koniec zmiana perspektywy – wszystkie ssaki karmią swoje młode piersią, nie jesteśmy tu jakimś wyjątkiem. To zupełnie naturalne. Niezależnie od wszystkiego, karmienie postrzegam jako wyjątkowy dar mamy dla dziecka. Dar czasami trudny i bolesny. Dar miłości, który ma sens zapisany w naturze.

Najpiękniej pachnące kremy – o Clochee

Wyróżnione

Pomimo ograniczonego czasu jaki posiadam na pielęgnację, ważne jest dla mnie dbanie o siebie. Bo czy nie wszystkie chcemy być piękne (czyli zadbane)? Z tego powodu dziś proponuję wpis o naturalnych kosmetykach marki Clochee, których aktualnie używam.

Clochee to chyba jedne z najbardziej rozpoznawalnych kosmetyków naturalnych polskiego pochodzenia. Ja odkryłam te kremy dwa lata temu. Za co lubię markę? Za filozofię bycia blisko natury, dobry skład, za to, że jest polska, za szklane opakowania, za przepiękne i niepowtarzalne zapachy, za brak silikonów w składzie i za to, że działanie zgadza się z tym co opisuje producent. 

Swoją przyjaźń z kosmetykami Clochee zaczęłam od zakupu intensywnie regenerującego kremu-maski pod oczy . Ten krem to mój numer 1 w pielęgnacji okolicy oczu i jestem mu wyjątkowo wierna. Z jakiego powodu? Ma bogatą konsystencję, jest idealny na noc. Gdy go nałożę, moja zmęczona skóra pod oczami momentalnie odczuwa ulgę, staje się bardziej miękka i nawilżona. Nie podrażnia, a dodatkowo pachnie po prostu pięknie. Wad brak. No może tylko taka, że muszę go zmieniać na inny kiedy się kończy, bo wiadomo, że skóra się przyzwyczaja. 

Serum silnie nawilżające: bezzapachowe. Prawdą jest, jak pisze producent, że nie obciąża skóry. Spodziewałam się jednak lepszego poziomu nawilżenia w wyniku jego stosowania. Zakupiłam je akurat kilka miesięcy po porodzie, kiedy moja skóra z normalnej/mieszanej zrobiła się sucha i naprawdę potrzebowałam silnego nawilżającego zastrzyku. Taki sam stopień nawilżenia uzyskałam używając serum z kwasem hialuronowym od Ava Laboratorium , a to ostatnie jest dużo tańsze – w przyszłości nie będę przepłacać. 

Krem odmładzająco-renegujący na noc:  niesamowicie nawilżający i natłuszczający. Często wieczorem po demakijażu i oczyszczeniu twarzy moja skóra jest ściągnięta i szorstka. Ten krem świetnie ją odżywia. Produkt zawiera między innymi olejek arganowy i sezamowy, które poprawiają stopień nawilżenia i działają przeciwzmarszczkowo. Kremu używam jako ostatniego etapu pielęgnacji wieczornej i mam wrażenie, że moja skóra w wyniku jego stosowania stała się po prostu promienna. Zdecydowanie polecam osobom, które mają suchą cerę.

Matujący krem SPF 50: to kosmetyk, który się u mnie nie sprawdził. Zakupiłam go pełna nadziei i entuzjazmu w czerwcu. Nie lubię się opalać. Słońce nam szkodzi. Opalanie się może powodować raka skóry, już nie mówiąc o przyśpieszeniu procesu jej starzenia. Cały rok, a w szczególności latem, stosuje kosmetyki z wysoką ochroną przeciwsłoneczną. Naturalnych kremów do twarzy z wysokim filtrem jest niewiele, więc byłam naprawdę podekscytowana. Krem nie jest jednak dla mnie, ze względu na silne właściwości matujące oraz bardzo ciężką konsystencję. Zdecydowanie wolę efekt rozświetlenia. Jeśli lubisz matowe wykończenie, krem dobrze się sprawdza w roli lekkiego letniego podkładu ze względu na beżowy kolor. 

Ogólne zastrzeżenie.

Mimo, iż uwielbiam kosmetyki w szkle, opakowania kremów Clochee uważam za niefunkcjonalne. Buteleczki kremów 50ml są wysokie i pompka nie zawsze działa -szczególnie przy kremie SPF50, który po prostu jest bardzo gęsty. Taaaak, przy tempie wieczornych zajęć u mnie w domu, nie mam czasu ani ochoty na pompowanie kremu przez 5 minut, aż wreszcie dotrze do samej góry i będę go mogła wycisnąć. Dodatkowo, pompka jakby zacina się. Niestety, w takich opakowaniach sporo produktu się marnuje, ponieważ kiedy krem się już kończy, bardzo trudno jest wydobyć końcówkę z buteleczki. 

W najbliższym czasie chciałabym wypróbować antyoksydacyjne serum olejowe z witaminą C– dostałam ostatnio tę próbkę i byłam zachwycona, myślę, że świetnie sprawdzi się zimą w połączeniu z kremem na noc, o którym pisałam. 


Czy warto inwestować w kosz Mojżesza?

To pytanie zadałam sobie oczekując na moja trzecią pociechę. Córki od początku kładłam w typowych łóżeczkach ze szczebelkami… no o ile zechciały tam spać a, różnie z tym bywało. Czekając jednak na synka pomyślałam, że opcja małego łóżeczka, nawet przez ten pierwszy okres sześciu miesięcy pozwoli zaoszczędzić miejsce w coraz mniejszym mieszkaniu. Zastanawiałam się także nad łóżeczkiem dostawką do łóżka, ale dla mnie to rozwiązanie ma duży minus – tylko trzy ściany.

Czytałam wiele opinii na temat tego, że noworodkom w koszach jest przytulnie. Uważam, że to nam jest przytulnie na nie patrzeć, albo to my mamy wrażenie przytulności. Otulonemu noworodkowi będzie tak samo przytulnie w koszu jak i w łóżeczku;) Jeśli bym miała wymienić rzeczywiste plusy z użytkowania kosza to widzę dwa:

  • możliwość łatwego przenoszenia gondoli w różne miejsca, także korzystanie z niej w podróży czy u znajomych;
  • oszczędność miejsca w domu. 

Po poszukiwaniach i przeczytaniu wielu blogowych opinii, zdecydowałam się na kosz Mojżesza firmy Shnuggle. Patrząc z perspektywy, kosz bardzo ale to bardzo mi się przydał, ale sam produkt nie jest wolny od wad. Podsumowanie poniżej: 

  • kosz czyli gondola jest przenośna, więc nawet jeśli dziecko odpłynęło w objęciach Morfeusza np. w kuchni podnosiłam gondolę za szelki i mogłam śpiącego malucha spokojnie przetransportować do pokoju, postawić na ziemi czy nawet sofie. Dodatkowo przenośna gondola jest bardzo lekka. „Nogi” kosza łatwo się składają co w podróży jest niezastąpione! Z najmłodszym podróżowaliśmy całe wakacje i zawsze mieliśmy ze sobą jego łóżeczko, do którego był przyzwyczajony :);
  • design jest cudny, kołyska dostępna w trzech kolorach: biały, jasno-szary i ciemnoszary;
  • tak kołyska, ponieważ w tym koszu dziecko można także kołysać. Obrócone nogi stają się biegunami. Tutaj mam pewne zastrzeżenie. Jeśli dziecko jest już długie i stosunkowo ciężkie, po ukołysaniu dziecka koniecznie należy coś podłożyć pod bieguny np. poduszkę, inaczej kołyska pod wpływem ciężaru może się przechylić i nasze dziecko wyląduje głową blisko podłogi, a nogami w powietrzu. Niebezpieczna sprawa…..; 
  • wyściółka kosza łatwo się pierze i „oddycha” dzięki otworom wentylacyjnym umieszczonym w dnie kosza; 
  • producent pisze, że kosza możemy używać przez okres pierwszych 6 miesięcy. Moje odczucia są takie, że kosz się sprawdza do czasu, aż Twoje słodkie maleństwo zacznie się obracać z pleców na brzuszek. U nas ta chwila nadeszła, kiedy Leszek miał trochę powyżej 3 miesięcy. Zasypiając próbował się obrócić, a że nie miał wystarczająco miejsca – denerwował się. W tym samym czasie musiałam też zrezygnować z wszelkich otulaczy (ku mojej rozpaczy)…;
  • cena jest dość wysoka, nowy kosz kosztuje około 670 PLN.

Polecenia prezentowe – książki dla młodszych dzieci

Ponieważ zbliżają się Mikołajki, potem Święta Bożego Narodzenia zbliża się też czas prezentów. Chciałabym przedstawić kilka książek, które u nas przetrwały „próbę czasu” i często do nich wracamy. Co więcej, duża część z przedstawionych bajek była prezentami i idealnie się sprawdziły, więc tym bardziej polecam. 

1.Dla najmłodszych klask, czyli bajki Erica Carle. Bajeczki są krótkie, wydane na twardym papierze i pięknie ilustrowane. Najbardziej kultowa książeczka to oczywiście „Bardzo głodna gąsienica”. Historia dotyczy wyjątkowo żarłocznej gąsienicy, która na koniec przeistacza się w kolorowego motyla.  Świetny jest też „Pajączek”, czyli krótka opowieść o pajączku, który cały dzień tka pilnie swoją sieć i jest przy okazji tej czynności zaczepiany przez różne zwierzęta. 

2. Serię z Puciem w roli głównej pewnie wszyscy znacie. My też. Moje córki z Pucia już wyrosły, ale ta książeczka świetnie się sprawdzi jako prezent dla dzieci pomiędzy 1 a 2 rokiem życia. Razem z Puciem nasze maluchy wkraczają w świat mówienia i poznają zabawy dźwiękonaśladowcze. 

Dla starszych dzieci proponuję w tym samym wydawnictwie „Wierszyki ćwiczące języki”, czyli przezabawne rymowanki pomagające utrwalić poprawną wymowę. Przeznaczone są dla dzieci od lat 4.  

3. Dla dzieci, które mają około roku polecam niezwykłe historie pisane i ilustrowane przez wietnamską autorkę Khoę Le. Bajki są wyjątkowe.  Autorka w prostych słowach opisuje historie dzieci, którym hmm… zdarzają się pewne uchybienia w zachowaniu 😉 I tak mamy na przykład historię Szymka brudasa, który nie chciał się myć. W związku z tym, bakterie zdecydowały się z nim zaprzyjaźnić. Inna historia (ulubiona mojej starszej córki) to opowiadanie o Miodunce, która nie chciała nosić kapelusza w letnie, gorące dni.    

4. Dla dzieci od około 2.5 roku polecam bajkę, która bardzo mi pomaga wychowawczo, kiedy moje dziewczyny wstają lewą nogą. Wspaniała poetka Julia Hartwig, napisała piękną opowieść pt.: „Zguba Michałka”. Gdy moje córki mają „muchy w nosie” od razu wołamy biedronkę, żeby pomogła im, tak jak pomogła Michałkowi, w odszukaniu dobrego humoru. Metoda ta sprawdza się w większości przypadków. Jest to także kolejna przepięknie ilustrowana pozycja. Mam kota na punkcie ilustracji, ponieważ w  książkach dla dzieci są one równie ważne (a nawet czasami ważniejsze) niż treść. Dzięki nim przecież dzieci obcują ze sztuką, uczą się jej odczytywania, wrażliwości.  

5. Kolejną książką, która może stać się inspiracją do rozmowy o odpowiedzialności za zwierzęta, które mamy lub też dopiero chcemy mieć w domu, jest „Żegnaj Skarpetko” Benjamina Chauda.  Historia chłopca, który czuje się już zbyt dorosły na posiadanie królika i postanawia porzucić go w lesie.  

6. No i teraz nasz największy hit ostatniego czasu. MAPY. To jest pozycja, którą absolutnie trzeba mieć w domu. Przyznam, że dzięki temu wspaniałemu atlasowi geograficznemu sama uzupełniam swoją wiedzę 😉 . Teraz mamy taki rytuał, że przed podróżą służbową (a jest ich sporo), mój mąż opowiada dziewczynom o kraju do którego leci. I wiecie, dziewczyny podstawowe fakty i flagi zaczynają kojarzyć. Przy okazji świetna zabawa.

I na koniec refleksja, że chyba czas rozszerzyć darmową subskrypcję bloga… chciałabym wstawić zdjęcia tych cudnych bajkowych ilustracji i nie ma jak…

Udanych prezentowych zakupów. No i czekam na Wasze bajkowe polecenia.

aby dzieci jadły zdrowo…

Co właściwie znaczy jeść zdrowo i po co mamy jeść zdrowo?

Jakie dzieci są dla nas ważne. Kupujemy naszym Skarbom cudne ubranka. Kolejne, czasami niepotrzebne zabawki. Wysyłamy na najlepsze na świecie zajęcia dodatkowe. Rozwijamy hobby. To wszystko jest bardziej lub mniej istotne, tylko chciałabym spytać czy równie gorliwie dbamy o to, co nasze dzieci dostają na talerzach?

Pewnie wiecie, że to, co je dziecko szczególnie do 2 roku życia będzie miało ogromny wpływ na jego późniejsze nawyki żywieniowe oraz choroby lub ich brak. Ale nie patrzmy tak daleko, to co jemy ma wpływ między innymi na naszą odporność (dobry jesienny temat ;)! Wiadomo, że żadna mama ani tata nie chcą, aby ich dziecko chorowało. Na tyle, na ile jest to możliwe wspierajmy w tym swoje dziecko stosując naturalne metody, czyli dbajmy o zdrową dietę bogatą w warzywa i owoce. To działa! Skąd to wiem? Doświadczam tego. Moje dwie starsze córki – Helenka, która ma prawie 4.5 roku i Marta, która ma 3 lata do tej pory nie znają antybiotyku. W przedszkolu, kiedy są epidemie grypy czy zapalenia oskrzeli moje dzieci nie chorują. Od czasu do czasu się przeziębiają czyli mają katar i może dwa razy do roku kaszlą. To są (odpukać) ich największe choroby i mam nadzieję, że niczego tu nie wykrakam tak się przechwalając.

Moje zainteresowanie tematem zdrowego żywienia datuje na 3 lata temu, kiedy przeczytałam książkę dr Joela Fuhrmana „Jeść, aby żyć” i ona odmieniła moje myślenie o tym, co i po co jemy.

Po książkę sięgnęłam, ponieważ autor obiecuje, iż jego dieta jest antyrakowa, a że moja mama w tamtym okresie walczyła z rakiem tarczycy postanowiłam się edukować. Treść oparta na badaniach i praktyce lekarskiej przekonała mnie na tyle, że postanowiłam wprowadzić zmiany w diecie mojej rodziny. Nie było mi łatwo zmienić stylu gotowania – po pierwsze, na początku po prostu nie umiałam gotować dań warzywnych, po drugie, mój mąż bardzo marudził, że przestaliśmy jeść kanapki z żółtym serem a w sałatce nie ma już ani kurczaka, ani mozzarelli.

Wracam do meritum. Z jakiego powodu naszym dzieciom na co dzień serwujemy największy możliwy śmietnik jedzeniowy? Wynika to z niewiedzy? Z lenistwa? Z wygody? Nie oburzajcie się drogie mamy, pytam choćby na podstawie menu dla dzieci dostępnego w wielu restauracjach. Menu jest jakie jest na podstawie tego, co najchętniej kupujemy dzieciom…  Typowe – zupa pomidorowa lub rosół. Ciekawe z jakiego mięsa ten rosół jest zrobiony i z ilu pomidorów przygotowano zupę pomidorową, ale… drugie danie dopiero przeszywa mnie strachem. Dzieci mogą wybierać pomiędzy kurczakiem w panierce z frytkami bądź naleśnikami z czekoladą. Ile w tych daniach jest wartości odżywczych? Frytki i kurczak smażone są na głębokim tłuszczu (ciekawe kiedy ostatnio wymienianym). Tak, dostarczamy w tym daniu dziecku ogromną ilość kalorii, między innymi tłuszcze trans, które sprzyjają rozwojowi miażdżycy, chorobom serca i rakowi, poza tym….prawie nic. Naleśniki – mąka, jaja, mleko i cukier. Wartości odżywcze to głównie węglowodany, no i wapno. Węglowodany też są nam potrzebne, ale chodzi o to, aby w posiłkach dzieci było coś poza tzw. pustymi kaloriami.

Teraz ktoś może powiedzieć: weź się puknij w głowę mówimy o dzieciach; jaka miażdżyca? Albo – ja jadłam naleśniki całe życie i żyję. Pewnie, że… mówimy o dzieciach. W Polsce bywam kilka razy do roku. Ostatnio w wakacje siedziałam z mężem na ławce w parku i miałam okazję przyglądać się dzieciom i młodzieży w wieku pewnie pomiędzy 9 a 13 lat. I spytałam męża czy on pamięta, ile otyłych dzieci było w jego klasie w podstawówce czy w liceum. Ja też uruchomiłam swoją pamięć i pamiętam może dwie osoby z tym problemem na całą klasę. Tymczasem młodych chłopców na ławce było siedmiu i sześciu z nich rokowało na dobrze ponad normę jeśli chodzi o tuszę. Nie chcę tutaj nikogo urazić – otyłość dzieci to trudny i delikatny temat. Wsród jej przyczyn mogą być zaburzenia hormonalne czy zaburzenia metabolizmu. Ale proszę nie pomagajmy reklamom wspaniałego puszystego chleba z Lidla czy najtańszych kurczaków wypchanych antybiotykami. Proszę, dbajmy o nasze dzieci. Nie chodzi o to, żeby zjadły cokolwiek, chodzi o to, żeby jadły zdrowo. Odwołajmy się choćby do znanej maksymy: wyglądasz tak jak jesz bądź w zdrowym ciele zdrowy duchNasze ciało to nie śmietnik, traktujmy je z szacunkiem, jaki mu się należy.

To my jesteśmy dla naszych pociech największym wzorem i autorytetem (przynajmniej do pewnego czasu ;)). Szczególnie małe dzieci są ciekawe tego, co na talerzu mają dorośli. Zadbajmy o to, żeby miały dobry przykład. Jeśli dziecko chce spróbować z naszego talerza sałaty pozwólmy mu. Jeśli nie chce jeść zupy z cukinii, nie dajmy mu szybko w zamian parówki lub czekoladki. Jak zgłodnieje to zje i zupę z cukinii. Kiedy przykładowo odbieramy dziecko z przedszkola, w torebce możemy mieć pokrojone jabłka jako zdrową przekąskę. Małymi krokami…

Gotowanie sprzyjające zdrowiu i podkreślę odporności – to takie, gdzie podstawą są warzywa, warzywa i jeszcze raz warzywa. To też gotowanie szybkie. Na zdjęciu przykład z wczoraj. Kolacja tzw. resztkowa, czyli kotleciki warzywne z kaszą (pieczone smakują równie dobrze, ba nawet lepiej niż te smażone 🙂 .

Minęły ponad 3 lata i dajemy radę. Na początku byłam w stosunku do siebie bardzo restrykcyjna. Szybko się tym zmęczyłam, bo w restauracji rzadko kiedy mogłam coś zjeść.  I nie było to chyba też takie dobre dla dzieci, bo kiedy inni dostają batoniki to czemu one nie? Presja społeczna kontra zdrowie. Znalazłam swoją drogę – w domu jemy zdrowo, kiedy jestem zaproszona na obiad nie marudzę i jem to, co dostaję. Kiedy jesteśmy na rodzinnych wakacjach odpuszczam i dzieci jedzą lody albo ciastka. Babcie i dziadkowie tak chyba okazują miłość wnukom – obdarowując je słodyczami 😉  A dzieci w domu wciągają np. lekką fasolkę szparagową z sosem z masła z orzechów nerkowca, musztardą i cebulą.

Blaski i cienie tych pierwszych 4 tygodni z Maleństwem…

No więc upragnione, wyczekane, wymarzone Maleństwo już jest w moich ramionach.

I jakoś się okazało, że macierzyństwo w tych pierwszych dniach, ba nawet tygodniach nie wygląda to tak błogo jak na zdjęciach w Internecie. Co więcej określenie ‘śpi jak niemowlę’ okazuje się być nieporozumieniem.

Pamiętam, że kiedy byłam w pierwszej ciąży bardzo bałam się porodu, ale czekałam z utęsknieniem na macierzyństwo. Tymczasem poród okazał się pestką, a pierwsze chwile macierzyństwa pomimo iż piękne, to trudne. Maleńka Helenka była już ze mną, a ja pomimo przeczytania kilku poradników byłam przerażona. Ludzie… toż to dziecko non stop płakało (takie przynajmniej miałam wrażenie) i według książki (Tracy Hogg) powinno jeść co trzy godziny. Położna natomiast powiedziała, że mam je karmić kiedy się domaga (co to znaczy i skąd to mam wiedzieć, że ona się właśnie domaga jedzenia?). Helenka zasypiała przy piersi, a to przecież źle, bo się przyzwyczai. Dodatkowo ja byłam obolała, zmęczona, a brzuch nie zniknął magicznie, kiedy dziecko z niego wyskoczyło. Po powrocie do domu…. nie miałam na NIC czasu, a Helence zaczęły się tak zwane kolki.

Brzmi znajomo?

Gdybym mogła cofnąć czas, to nie przeczytałabym ani jednego poradnika pt. jak sobie radzić z noworodkami. Dziś, patrząc z perspektywy mojego trzeciego dziecka sądzę, że najlepszym doradcą jest nasza matczyna intuicja, no i oczywiście zdrowy rozsądek.

Ze świadomością, że jestem daleka od wyczerpania tematu oto z czym się mierzyłam przez ten trudny dla każdej mamy (i taty) okres pierwszych 4 tygodni i jak sobie z tym próbowałam poradzić. Może i Wam się coś z tego przyda czy też brzmi znajomo.

1.Kolka – temat rzeka. Otrzymałam 100 rad od wszystkich (co bynajmniej nie budowało mojego poczucia pewności siebie w nowej roli), że kolka bo nie mam diety, że nie powinnam jeść kalafiora i brokułów, albo to kawa (ta jedna, którą wypiłam ukradkiem) itp. itd. Wiecie co, a może najczęściej po prostu kolka jest i tyle. Ja sobie z nią radziłam tak:

– przede wszystkim CHUSTA. Leszka czasami z mężem nosiliśmy prawie cały wieczór. Tak wiem, trudno się chustę wiąże, ale obiecuje to kwestia wprawy i jest to warte zachodu;

– szum odkurzacza i suszarki do włosów – Helena uwielbiała i nawet czasami udawało się ją przy tym szumie uśpić! Tych szumów na youtubie dostępnych jest mnóstwo;

– ciasne opatulanie i owijanie noworodka. One naprawdę to lubią. Czują się wtedy jak w brzuszku mamy, czyli miejscu najbezpieczniejszym na świecie ☺;

– mąż. Tak tak, mąż przez godzinę zabawia dziecko, a Ty zamykasz się w innym pokoju i odpoczywasz. Albo wychodzisz na długi spacer, w parku i zasypiasz na pierwszej ławce. To opcja, jeśli ściany w Twoim domu nie są dźwiękoszczelne. To pół żartem pół serio, ale ja zawsze miałam ochotę biec na ratunek mojemu małemu dziecku, bo przecież u mnie mu na pewno będzie lepiej, a u taty tak płacze ☺ . Płakało, ale się przyzwyczaiło. Na dobrą sprawę, tato kocha tego szkraba równie mocno i nareszcie chce go mieć trochę dla siebie;

 – cierpliwość – kolka minie. Trzy pierwsze miesiące trzeba przetrwać, potem będzie lepiej.

2. Temat związany z pierwszym – mój Skarb płacze i wrzeszczy. Noworodki płaczą.  To jedyny sposób w jaki komunikują swoje emocje światu. Przecież nie potrafią się nawet jeszcze uśmiechać. Przeczytałaś w Internecie, że noworodki płaczą średnio 2 godziny na dobę, a Twój Aniołek płacze 4? Najwyraźniej tak właśnie ma, to minie. Jeśli ktoś Ci mówi, że jego noworodek nie płacze, nie wierz mu, ściemnia 😉 Każdy płacze – jeden mniej, drugi więcej. Moja mama wysłała mnie nawet do pediatry, bo jej zdaniem Helenka płakała za dużo. I co? Pediatra powiedział – to minie…. I naprawdę minęło, choć Helenka jest dzieckiem wrażliwym i do dziś płacze trochę częściej w porównaniu do rówieśników.

3. Przecież dziecko powinno jeść co trzy godziny! Jeśli karmisz butelką, prawdopodobnie dość szybko Twój mały cud zacznie jeść książkowo co 3 godziny. Jeśli karmisz piersią, sprawa jest bardziej skomplikowana. Pokarm naturalny jest lekkostrawny (w porównaniu z mlekiem modyfikowanym) i dziecko może być głodne szybciej. Wszystko zależy od dziecka… w tym pierwszym okresie całą moją ukochaną trójkę karmiłam piersią i: Helenkę zgodnie z literą poradników przetrzymywałam, żeby jadała co 3 godziny prawie od początku. Eh…co ze mnie za matka była, dziecko pewnie miało kolki z głodu… Marta jadła co 2-3 godziny w dzień. Obie dziewczynki od około 6-7 tygodnia życia w nocy robiły przerwę 6 lub 7 godzinną. A Leszek? Przez pierwsze trzy miesiące przerwa dłuższa niż 2 godziny nie istniała – tak, tak i w dzień i w nocy. Często jadł co 1.5 godziny. Teraz ma prawie 7 miesięcy i w nocy potrafi wytrzymać maksymalnie 5 czasami 6 godzin.

Wiecie jaki mam na to jedzenie Leszka sposób? Nie mam… postanowiłam przeczekać i cierpliwie poddać się sytuacji takiej jaka jest. Przechodziłam różne stany. Kilka razy pomyślałam, że przestanę karmić. Wtedy, żeby dodać sobie otuchy czytałam artykuły o zaletach karmienia piersią. Położna podpowiedziała mi, żeby od czasu do czasu odciągnąć mleko za pomocą laktatora i spróbować podać maleństwu w butelce. Leszek akurat nie chciał butelki zaakceptować, ale Tobie może się uda! Wtedy będziesz mogła zostawić malucha chociaż na chwilę z np. mężem i w ramach rozrywki zrobić zakupy w spożywczaku 😉 Leszkowi po trzech pierwszych miesiącach przerwy między karmieniami zaczęły się powoli robić dłuższe. Ale przez ten pierwszy okres z domu wychodziłam tylko z nim bądź nie wychodziłam wcale. Tak, było to momentami męczące, ale stwierdziłam, że karmienia piersią jest dla mnie ważniejsze i na dłuższą metę wygodniejsze.

4. Aniołek śpi w dzień świetnie, ale na mojej piersi/’tzw. klacie’… no i co się mu dziwić? U mamy przecież najlepiej ☺ I zapewniam, to nie będzie trwało do pierwszego roku, ani nawet do sześciu miesięcy jak będą Wam sugerować życzliwi. Martusia spała na mnie w ciągu dnia tak przez około 6 tygodni, Leszek przez 8. I wiecie co? Uważam, że to był piękny czas. Czemu? Ponieważ odpoczywałam. Czytałam książkę, albo po prostu oglądałam serial zamiast – odkurzać, gotować, robić pranie, prasować. A odpoczynek w tym pierwszym okresie był mi niezbędny. Przy pierwszym dziecku nie doceniłam jego roli, potem byłam mądrzejsza…i miałam moją mała strefę komfortu 🙂

I jeszcze jedno w temacie. Pamiętam, że Helenkę bardzo chciałam książkowo usypiać od dnia nr 1 w łóżeczku. Zupełnie bez sensu. Ani ona nie spała, ani ja nie odpoczywałam…

A Wy z jakimi trudnościami borykałyście się w tych pierwszych tygodniach macierzyństwa? A może Wasze dzieci były spokojniejsze od moich urwisów? Jestem ciekawa Waszych opinii.